K. Ziewacz: „W brydżu polem bitwy jest intelekt”
Krzysztof Ziewacz. Pasjonat i propagator brydża sportowego. Instruktor i sędzia. Odznaczony złotą odznaką PZBS (2018). Obecnie organizator wczasów i szkoleń brydżowych dla amatorów /vide www.wczasybrydzowe.pl i www.szkoleniabrydzowe.pl/. W latach 1994-2018 szkoleniowiec i współorganizator obozów młodzieżowych. Twórca młodzieżowych sukcesów MPEC Tarnów. Ponad 200 medali mistrzostw świata, Europy i Polski w kategoriach U-15, U-20 i U-25. Do najwybitniejszych wychowanków należą występujący w ekstraklasie Adam Krysa, Błażej Krawczyk czy Maciej Grabiec. Wśród nich są także uznani już sędziowie: Piotr Wzorek, Jakub Lenkiewicz czy Jeremiasz Mazur. Poniższy wywiad planowany jest do kolejnego tomu książki z rozmowami z niezwykłymi ludźmi, t. 1 ukazał się pt. Bogactwo życia w postaciach zaklęte.
- Napisał Pan na swojej brydżowej stronie tak: Nie lubiłem kart, dopóki nie poznałem brydża sportowego, a dokładnie zagrań diabelskich (Coup de Diable i podobnych) oraz przymusów, które mnie zachwyciły swoją niematerialną zjawiskowością. Brydż stał się od tej pory zarazem moim amorem i moją zmorą. Zarażałem entuzjazmem. Przekonałem do brydża wiele osób. Mogłem dzięki tej wspaniałej grze popracować nad swoim charakterem, by bardziej się cieszyć jej pięknem. Żadną dziedziną nie interesowałem się aż tak długo. Brydż uczynił mnie chyba szczęśliwszym /https://bridge.com.pl/author/kziewacz/. Brydż kojarzy się z logiką, rywalizacją, no i przede wszystkim – liczeniem oraz strategią. A tu proszę – szczęście jako kategoria brydżowa?
Brydż to znakomita, szlachetna forma spędzania czasu wolnego, bezsprzecznie warta propagowania – właśnie ze względu na to, co ma do zaoferowania.
Logika. Z pewnością myślenie, a szczególnie precyzyjne logiczne rozumowanie, przesądza o jakości gry. Im sprawniej, i chyba też im szybciej, zawodnik analizuje problemy, tym trudniej go pokonać, gdyż staje się bardziej nieprzewidywalny. Ale samo uruchomienie logicznego wnioskowania, a także strategicznego myślenia, nie jest możliwe bez wspomnianego przez Panią liczenia – tej czynności pierwszej, żmudnej, lecz fundamentalnej, która stanowi bazę niezbędną dla samej logiki. Zapewnia jej materiał do analizy, do rozbioru na czynniki pierwsze. Na treningach zawsze powtarzam: najpierw policz, następnie analizuj, zadaj sobie dobre pytania, a wnioski niejako narzucą się same po przeprocesowaniu tych właśnie bazowych danych.
Rywalizacja. Współzawodnictwo w brydżu jest szalenie pociągające, bo odbywa się „na rozumy”. Onegdaj, szczególnie w kręgach arystokratycznych, mierzono się w erystyce – tu polem bitwy jest intelekt. Ta rywalizacja, ta walka o zwycięstwo, nie jest – tak jak w innych sportach – tylko bezpardonowa. Odbywa się bowiem na wielu innych, subtelniejszych poziomach. Porównujemy się w swoich jakże różnych kategoriach: wtajemniczenia w arkana gry, wiekowych, branżowych, a nawet, a może przede wszystkim, towarzyskich. Zawsze znajdziemy powód do dumy. Cieszy optymalnie rozwiązany problem, choćby jeden, z pozoru banalny.
Szczęście. Nie tyle może szczęście, bo bywa ulotne, co szczęśliwość z faktu bycia wśród pasjonatów przy pełnym zanurzeniu w grze, bez względu na wzloty i upadki.
Niematerialna zjawiskowość przymusów? To zagranie brydżowe bazujące znowu na logice, strategii, bardziej kojarzy się z posunięciami szachowymi, takimi szach-mat, niż z niemal poetycko opisaną „niematerialną zjawiskowością”. Zrozumienie przymusów jako zagrań brydżowych nie jest łatwe, a ich stosowanie już dowodzi doświadczonego gracza. Poezja kontra logika, a brydż to łączy.
Niematerialność pewnych trudnych do uchwycenia zagrań dostrzegł i jako pierwszy wprowadził do brydżowego języka Hugh Kelsey w swoim opus magnum, czyli w Przygodach z rozgrywką. W brydżu istnieją bowiem tak niespotykane techniki operowania kartami, które nie mieszczą się w geometrii naszego namacalnego świata. Można by rzec, że nie wiąże ich trójwymiarowa przestrzeń – i może z tego właśnie powodu niektóre nazwane zostały zagraniami diabelskimi.
Samo rozumowanie wydaje się być trudne, bo wymaga koncentracji, żelaznej logiki, wiedzy teoretycznej i wieloletniej praktyki. A poezję z brydżem łączy ten sam rodzaj artyzmu, który charakteryzuje wybitną twórczość. Uznani poeci, podobnie jak arcymistrzowie brydża, to prawdziwi czarodzieje, zaklinacze rzeczywistości, których kunszt osiągnął szczyty mitologicznego Parnasu.
- Brydż jako amor i zmora? Proszę rozwinąć tę znowu niekonwencjonalną, niemal oksymoroniczną, myśl.
Amor i zmora. To miłość i utrapienie zarazem – żeby trochę odpoetyzować. Dlaczego? By parać się brydżem kwalifikowanym, trzeba, poza czystym talentem, włożyć mnóstwo wysiłku. Najczęściej jednak albo zabraknie drygu, albo czasu, często także chęci do pracy, a nierzadko również splotu korzystnych zdarzeń – jak choćby spotkanie na swojej drodze wspaniałego partnera czy wcześnie odniesiony spektakularny sukces, który napędzi ścieżkę kariery.
Życie rzadko pisze takie scenariusze. Przeważnie większość grających traktuje brydża przygodnie. Na wyżynach grają jedynie wybrańcy. W moim przypadku brydż przeżył to przysłowiowe porażenie strzałą Amora, bo z bycia hobby stał się moją pracą. Ludzie mówią, że jak się coś lubi, to już pracą nie jest. Z pewnością pracuje się o wiele łatwiej. A niech to licho – to jednak jest bardziej miłość.
- A w jaki sposób brydż sportowy pomaga w pracy nad charakterem? Wiele razy sama byłam świadkiem scen brydżowych, kiedy to graczom bardzo puszczały nerwy, co z pracą nad charakterem niewiele miało wspólnego. Ale te emocje to przecież też część rozgrywek… Niektórzy właśnie dlatego kochają brydża, bo mogą popuścić, a nie trzymać nerwy na wodzy. Dają upust emocjom, bez względu na otoczenie. Panu się poprawił charakter dzięki brydżowi? A pamięta Pan sytuację, kiedy jednak puściły Panu nerwy przy kartach?
Brydż jest swoistym rodzajem papierka lakmusowego. Zachowanie przy stoliku brydżowym, sama gra zawodnika, a nawet sposób dokładania kart – wszystko to wiele mówi o charakterze danego gracza. Choć brydż jest sportem umysłowym, wymaga prawdziwie fizycznych cech sportowca, a z pewnością najbardziej tych mentalnych. Uczy bowiem odporności na stres związany z negatywnymi skutkami gry. Wymaga radzenia sobie z własnymi błędami, pomyłkami partnera, dobrą grą przeciwników i wieloma innymi aspektami.
Nadmierne emocje nie pomagają, chyba że są rozumiane jako napędzająca adrenalina. Potrzeba raczej spokoju i wyrachowania, czyli zimnej krwi. Ja sam jestem osobą emocjonalną, dlatego zdarzały się sytuacje i nadal zdarzają, kiedy to się „uruchamiam” po seryjnych błędach partnera lub kursanta. Staram się jednak powstrzymywać z nadmierną krytyką. Niestety, jest to nadal element mojego zaangażowania – czy to w proces kształcenia, czy w walce o zwycięstwo w turnieju. Gdy siadam do gry, liczy się tylko wygrana, a to oznacza również, że frustracja musi przyjść, gdy zwyciężyć się nie uda. Na szczęście jestem coraz starszy i w związku z wiekiem – coraz mniej pobudliwy.
- Czego jeszcze może ludzi nauczyć brydż sportowy? Ucząc brydża innych, na co najbardziej kładzie Pan nacisk, na co zwraca największą uwagę? Co stanowi największą przeszkodę w edukacji brydżowej? Uczył Pan wiele lat dzieci. Jak rodzice reagowali na to, że dzieci będą grać w karty?
Dzięki uprawianiu brydża sportowego można w zasadzie nauczyć się wszystkiego, podobnie jak w przypadku studiowania fizyki. Rozwija on bowiem zarówno zdolności twarde, analityczne, jak i wiele kompetencji miękkich potrzebnych do funkcjonowania w społeczeństwie, choćby współpracę w zespole.
A ucząc, staram się zmaterializować ducha tej gry. Przekazuję wiedzę nie tylko o samych zagraniach czy konwencjach, ale przede wszystkim o filozofii i strategii. Mając na względzie te ogólne refleksje, zwracam szczególną uwagę na samo procesowanie napływających danych, by być w grze: tu i teraz. Ogromną rolę przypisuję wyobraźni przestrzennej. Świat anglosaski ukuł dwa slogany brydżowe, które to znakomicie oddają: table presence (obecność przy stole) i plastic valuation (plastyczna wyobraźnia).
To jest sposób na wygrywanie, a więc na polubienie tej gry. Bez zwycięstw wcześniej czy później ta gra nas znuży i ją zarzucimy. Nikt nie lubi porażek.
- Jako twórca młodzieżowych sukcesów MPEC Tarnów proszę zdradzić, jak tam z brydżem w Tarnowie, gdzie mieszka Pan na co dzień. Czym różni się edukacja dzieci czy młodzieży od nauki dorosłych? Brydż, podobnie jak szachy, powinien być nauczany w każdej szkole. To miła forma nauki matematyki i logicznego myślenia oraz strategii. Ale nie jest. Dlaczego?
Aby sukcesy mogły się w ogóle wydarzyć, potrzeba było splotu wielu korzystnych okoliczności. Najważniejsze z nich to: zaangażowany trener, zdolne dzieciaki i źródło stałego finansowania. W latach 2008-2018 to wszystko mieliśmy w Tarnowie, więc możliwe były treningi, obozy, mistrzostwa i na koniec medale.
Od kilku dobrych lat już się niestety młodzieżą nie zajmuję, głównie z braku czasu. Po dwudziestu pięciu latach pracy z młodzieżą doczekałem się wspaniałego następcy w osobie matematyka III LO, Marcina Radwańskiego, który prowadzi zajęcia brydża sportowego w swojej macierzystej placówce oświatowej. Prezesem została po raz pierwszy w historii Tarnowa Katarzyna Wolak, która wprowadza dużo jakości. Dzieje się zatem dobrze i brydż, dzięki takim ludziom, przetrwa nawet w mniejszych miejscowościach.
W nauczaniu dzieci i dorosłych widzę dwie zasadnicze różnice. Dzieci za naukę nie płacą. Jeśli jakieś pieniądze są, to biorą się z dotacji. Dorośli za naukę płacą, więc jakby bardziej wymagają. To już nie może być taka beztroska zabawa jak z dziećmi. Jest bardziej na poważnie, choć bywa wesoło. Pieniądze zmieniają optykę.
Zgadzam się z Panią, że brydż powinien być obecny w szkole od najmłodszych lat, gdyż dzięki zabawie, jaką jest brydż, można w sposób zawoalowany nauczać twardej logiki. Chyba też między wierszami odpowiedziałem na pytanie, dlaczego nie ma brydża w szkołach. To temat polityczny. Nieliczni przebijają się jednak, ale są to prawdziwi herosi. Przykładem niech będą osoby znakomitych trenerów: Marcina Kuflowskiego i Piotra Dybicza.
- A jak zaczęła się Pana brydżowa przygoda? Kto Panu pokazał brydża sportowego?
Moja przygoda rozpoczęła się dosyć przypadkowo. O brydżu dużo mówiło się w latach osiemdziesiątych. Informacje czerpałem z gazet i książek, między innymi Agathy Christie. W 1984 roku piąte miejsce w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” zajęli ówcześni mistrzowie Piotr Gawryś i Henryk Wolny, którzy wraz z Krzysztofem Martensem, Tomaszem Przyborą, Jackiem Romańskim i Piotrem Tuszyńskim zdobyli złoto olimpijskie w brydżu sportowym w Seattle.
Zanim jednak usiadłem do kart, upłynęło jeszcze kilka lat. Przełom nastąpił w Szwecji w 1990 roku, dokąd pojechałem „zobaczyć świat”. Na jednej z prywatnych imprez pojawił się, niczym wysłannik z przyszłości, Janek Woźniak – którego już nigdy potem nie spotkałem. Sprezentował mi wtedy „Świat Brydża”. Pochłonąłem tę gazetę w całości, nie rozumiejąc ani linijki. Ziarno zostało zasiane, bakcyl połknięty.
Po powrocie do Polski w roku 1991 już grałem regularnie w brydża sportowego w turniejach i w lidze, przekonawszy do tej wspaniałej gry moich najbliższych kolegów i koleżanki. Dwa lata później już nauczałem, a raczej zarażałem swoim entuzjazmem rówieśników, a z czasem coraz młodszych adeptów. W 1996 roku otrzymałem pierwszą, brązową odznakę Polskiego Związku Brydża Sportowego za zasługi na tym polu.
- Zdobył Pan wielu fanów brydża, nauczył setki brydżystów, ale żony jakoś nie przekonał do kart? Najtrudniej być prorokiem we własnym domu?
Żonę musiałem chyba zrazić, choć jak twierdzi dzisiaj, nigdy nie było szans na przekonanie jej do brydża, gdyż nie cierpi kart. Ale gdy Agatha Christie umieszcza scenki brydżowe w każdej niemal swojej powieści, żonie to nie przeszkadza i chętnie czyta o zachowaniach przy brydżowym stole.
Kiedyś, już po latach od tej pierwszej próby skaperowania jej do brydża, zasiadła ze mną w turnieju na moją błagalną prośbę ratowania zawodów (z powodu małej liczby chętnych, pauzy i nieparzystej ilości par). I od razu wycięła mi niezły numer. Zagrałem w trefle, aby podegrać króla w dziadku. Ewusia dzierżyła w swoich rączkach asa i damę tegoż koloru i wiedząc, że as bije króla, do zadysponowanego ze stołu króla dołożyła damę! Na szczęście nie uniosłem brwi, ale z ciekawości zapytałem Ewunię o motywację dla tego absurdalnego zagrania.
„Ewcia, wiesz przecież, że as bije króla, to dlaczego dołożyłaś damę?”
„Wiem” – odpowiedziała. „Chciałam cię sprawdzić, czy będziesz się przy brydżu awanturował jak ci wszyscy mężowie”. I po chwili dodała: „Zdałeś egzamin. Powieka ci nie drgnęła. Może się jeszcze kiedyś nauczę”.
- Od lat organizuje Pan wczasy brydżowe. Wczasy jako praca, fajne… Brzmi to lightowo i niewinnie. Ale sama miałam okazję obserwować, ile to wymaga wysiłku, przede wszystkim panowania nad ludźmi, ich emocjami, to potężne zadanie logistyczne i organizacyjne. Do tego towarzyszy Pan wszystkim do nocy, jak trzeba do świtu. Kondycja jest absolutnie niezbędna. Potrafi Pan też świetnie zabawiać całe brydżowe towarzystwo, sypie anegdotami brydżowymi jak z rękawa. Skąd czerpie Pan swoją energię?
Wczasy brydżowe dla amatorów to właśnie mój sposób na życie. W 2026 roku minie 15 lat organizowania takich turnusów dla entuzjastów brydża. Wygląda to niewinnie, bo ludzie kojarzą to z wypoczynkiem – także moim – a ja przecież jestem głównie w pracy. Jako organizator muszę włożyć wysiłek w przygotowanie imprezy i jej przebieg na miejscu, a następnie pobyć z ludźmi. Ponieważ lubię ludzi, chętnie z nimi przebywam. Szczególnie wieczorne pogawędki są dla mnie wartościowe, bo albo sobie żartujemy, albo rozmawiamy na interesujące tematy, choćby o mechanice kwantowej. Te towarzyskie wieczorki odsypiam już w domu, u boku mojej ukochanej. Energię na kolejne turnusy ładuję także w tych domowych pieleszach, dzięki tej samej, wciąż wspaniałej małżonce.
Dziękuję za rozmowę.
Pytania zadawała PM. Wiśniewska
Fot. Z archiwum bohatera wywiadu oraz zrzut strony – https://msc.com.pl/cezar/?p=21&pid=2862

K. Ziewacz


