K. Marzec: „Często patrzymy na siebie z niedowierzaniem, co człowiek jeszcze wymyśli, aby doszczętnie zniszczyć godność psa”

unnamed Wywiad z Karoliną Marzec z WIOZ /Wielkopolski Inspektorat Ochrony Zwierząt/. Na swoim profilu w mediach społecznościowych pani Karolina przed rokiem napisała tak: „WOLONTARIUSZ to stan umysłu. A zaczęło się 14 lat temu w Fundacja Schronisko dla zwierząt w Gaju i trwa do dziś.  Być WOLONTARIUSZEM to zmiana na całe życie.. To nie chwilowy zachwyt, to nie zachcianka chwili. To dać siebie już na zawsze”.

  • Od jak dawna zajmuje się Pani ratowaniem zwierząt?

Ratowaniem zwierząt zajmuję się od 15 lat.

  • Ile ma Pani na swoim koncie interwencji dotyczących zwierząt?

Oj, tysiące….

  • Interwencje z natury rzeczy nie mogą być łatwe, ale obserwując Pani profil w mediach społecznościowych, wiele z nich jest skrajnych, drastycznych. Są wyzwiska, groźby karalne, niebezpieczne narzędzia w postaci siekier czy łomów, wiele razy musicie po prostu uciekać, ratując swoje życie i zdrowie. Jakie były takie najtrudniejsze interwencje?

Każda interwencja jest inna… Są takie, gdzie ogromna tragedia dotyczy samych zwierząt. Są zagłodzone, okaleczone, upodlone do granic możliwości. Interwencje dotyczą również warunków bytowych zwierząt. Tu często patrzymy na siebie z niedowierzaniem, co człowiek jeszcze wymyśli, aby doszczętnie zniszczyć godność psa. Są też interwencje które dotyczą zarówno tragedii zwierząt, jak i ludzi… Natomiast najgorsze interwencje są takie, gdzie wiemy, że pozostawienie zwierząt zagraża ich życiu i zdrowiu, a właściciel jest przekonany o własnej nieskazitelności i zaczyna nas atakować. Kiedy żadna argumentacja nie dociera, kiedy szukamy odpowiednich słów, aby dotrzeć do tej często „ciemnej masy”. Kiedy zaczyna się „machanie rączkami”, szukanie wideł, grabi lub innych przedmiotów, a my wiemy, że jeśli zostawimy i odjedziemy, ratując siebie, to prawdopodobnie ten pies, psy nie przeżyją. Dlatego ZAWSZE, czasami z uszczerbkiem na własnym zdrowiu fizycznym bądź psychicznym, udaje nam się odebrać zwierzę, jeśli jego pozostawienie miałoby je narazić na utratę życia bądź zdrowia.

Najgorsza interwencja, która zapadła mi ostatnio w pamięć, dotyczyła zabicia psa w budzie uderzając go narzędziami ogrodowymi… Osobiście tam nie byłam podczas samego zdarzenia. Byłam później zabierając drugiego psa, który przeżył.. Ale widziałam tą budę i jest film z monitoringu, na którym wszystko widać. Nie chcielibyście tego zobaczyć. zapewniam Was.

  • Kim zwykle są ludzie, którzy zgłaszają zaniedbane zwierzęta? To sąsiedzi? Rodzina oprawcy?

Bardzo różnie.. Często jest to rodzina, sąsiedzi… ale również osoby postronne, które przejeżdżały, widziały, zareagowały. Chciało im się zatrzymać i poświecić swój czas, za to jesteśmy im wdzięczni. Bo dzięki nim często udało się uratować to zwierzę.

  • Wiele z tych zwierząt udałoby się uratować, ale zgłoszenie przychodzi zbyt późno, zwykle po wielu latach cierpienia psa czy kota. Dlaczego? Dlaczego nikt latami nie interweniuje? Są przecież sąsiedzi, mogliby pomóc temu psu czy kotu, ale tego nie robią, dlaczego?

Niestety, cały czas panuje mentalność na zasadzie „co ja się będę wtrącać, nie mój pies, nie moja sprawa”. Ale idziemy już w dobrym kierunku. Zgłoszeń jest, niestety, coraz więcej. Dobrze, że są, ale niestety, bo takie zaniedbania czy bestialstwa wobec zwierząt w ogóle nie powinny się zdarzyć.

  • Niepojęte jest, jak latami ktoś może przyglądać się biernie cierpiącemu i zaniedbanemu zwierzęciu, ale tak jest. Skąd się bierze takie zło i skrajna obojętność w ludziach? Jak Pani to sobie tłumaczy?

Szczerze? Nie tłumaczę już, bo nie znajduje żadnego logicznego usprawiedliwienia takiego zachowania. Dostajemy na głowę często odjeżdżając z miejsca interwencji. To tak trudne.

Często wracamy w ciszy lub z płaczem… często trzęsą się ręce, głos. Serce wali jak oszalałe. No i moja arytmia, która nie do końca radzi sobie z nagminnymi sytuacjami znęcania się nad zwierzętami. Bo za ratowanie zwierząt każdy z nas płaci cenę, płaci swoim zdrowiem, po latach to wszystko kumuluje się w nas i bywa trudno.

  • Najbardziej niezrozumiałym jest, jak w ogóle można krzywdzić zwierzęta, ale tak właśnie jest, taki jest człowiek. Jaki jest taki typowy oprawca zwierząt? To kobieta czy mężczyzna? Jaki ma zawód, jak i gdzie mieszka? Kim są ci ludzie, którzy krzywdzą zwierzęta?

Ciekawe pytanie, ale nie ma „typowego oprawcy”. Bo często faktycznie interweniujemy na wsiach – tam znęcanie można zauważyć poprzez łańcuch, budę, kojec, brud, smród…

Ale równie często otrzymujemy zgłoszenia z miast, np. Poznań, gdzie bardzo trudno udowodnić znęcanie w mieszkaniu, kiedy sąsiedzi nie będą zeznawać, że bity jest pies…

Jedna z „ciekawszych” interwencji to taka u bardzo zamożnych ludzi mieszkających w Kamionkach pod Poznaniem. Zamarzły w kojcu nowo narodzone szczeniaki labradora, bo właściciele mając OGROMNĄ posesję nawet nie wiedzieli, że się urodziły, a mając psa i suczkę naprawdę trudno pomyśleć, że szczeniaki mogą się pojawić. No i tak często odwiedzali swoje psy na tej ogromnej posesji, że nie wiedzieli PODOBNO o istnieniu nowo narodzonych psów. Pan bardzo wykształcony, własna firma, pani, z tego co pamiętam, była nauczycielką. Pan bardzo pewny siebie – wprost mi powiedział „że prędzej kaktus mu wyrośnie na ręce, niż ja mu zaszkodzę”. No to jestem ciekawa, jak wygląda ten kaktus, ale na razie ucieka przed prokuratorem, bo będzie miał jednak stawiane zarzuty.

Ci, którzy krzywdzą zwierzęta, to po prostu LUDZIE… o różnym wykształceniu, statusie społecznym, zamożności. To kwestia tego, co ktoś ma w głowie i sercu, a nie pochodzenia.

  • Gdzie przeprowadzacie więcej interwencji – w mieście czy na wsi?

Zdecydowanie na wsiach, ale pewnie wynika to z tego, że na wsiach BARDZIEJ są widoczne elementy znęcania się. Psy są na podwórkach gospodarstw, a nie pozamykane w mieszkaniach.

  • Zapewne ma Pani w pamięci wiele takich uratowanych psów czy kotów. Pamięta Pani ich imiona? Ich historie? Proszę opowiedzieć o tych zwierzakach, które na zawsze pozostaną w Pani pamięci i sercu.

Tysiące interwencji, tysiące uratowanych zwierząt tych pojedynczych „Azorów” na łańcuchach czy całe pseudohodowle…

Każda inna, każda wyjątkowa, każdy pies, jego spojrzenie – NOWE życie to dla mnie nagroda. A same interwencje to materiał na obszerną książkę. Może kiedyś taka powstanie. Będzie połączeniem łez i śmiechu.

Wtedy z miłą chęcią opiszę ze szczegółami nasze działania, każdego psa z imienia.

  • Odrębną kategorią interwencji są te przeprowadzane w pseudohodowlach czy wręcz hodowlach. Tyle się pisze w mediach o fatalnych warunkach rozmnażania psów modnych ras, to taśmowa produkcja, często chów wsobny, szczeniaki obarczone są wadami genetycznymi, często chorują, ale jakoś nikogo to nie zniechęca, fabryki psów mają się dobrze. Dlaczego ludzie są tacy bez serca i w ogóle nie interesuje ich, skąd pochodzi ten modny szczeniak, byle tanio?

Są dwa rodzaje motywacji, aby zakupić psa tanio. Pierwszy „chcę uratować” – co jest oczywiście absolutną farsą w całej tej finansowej karuzeli. Ponieważ każdy rzekomo „uratowany” za pieniądze pies stanowi napęd dla pseudohodowców do kolejnej „produkcji”. A owo „ratowanie” to tylko taki zabieg marketingowy pseudohodowców.

Drugi „chcę mieć rasowego pieska, ale nie wydam na niego kilka tysięcy, skoro mogę kupić za połowę tej sumy”.

Każdy z powyższych powodów jest ZŁY! Kupując psa z pseudohodowli z obory, stodoły, pomieszczenia gospodarczego DOKŁADAMY SIĘ DO ICH CIERPIENIA…

  • Interwencje w pseudo/hodowlach to chyba wasze najtrudniejsze interwencje, bo pseudo/hodowle to często interesy mafijne.

Tak, bardzo często to ludzie, którzy z tego zwyczajnie żyją i się utrzymują. Małe koszty, duży zysk. Natomiast mamy już to na tyle opracowane, że jeśli wchodzimy i podejmujemy decyzję o odbiorze – wiemy, że wygramy w sądzie.

  • A tyle psów tkwi w schroniskach. Ludzie jednak wolą snobistyczne rasy, które poprawiają ich wizerunek własny, stąd taki popyt na te modne rasy. Propagujecie jako Fundacja również adopcję zwierząt, ale chyba jednak z marnym skutkiem? Oceniając po modnych pieskach kroczących ze swymi dumnymi właścicielami… Bardzo ich dużo, a kundelków mało. Ciężko przełamać ten modowy trend, ciężko uświadomić ludziom, co tak naprawdę kryje się za ich wyborem modnej rasy.

Jesteśmy zwolennikiem słów „KUPUJ lub ADOPTUJ ŚWIADOMIE”… Ci, którzy kupują psy w DOBRYCH, SPRAWDZONYCH hodowlach to miłośnicy ras, którzy wiedzą, co kryje się w genach border collie, goldena czy mopsa… I to jest dobre. Niech będą rasy różne, ale niech będą od szczeniaka prawidłowo prowadzone przez ludzi, którzy nie są nastawieni tylko na zysk. My kiedy odbieramy zwierzęta, nie patrzymy na „rasy”. Pies to pies. A później kiedy szukamy domów, to oczywiście sprawdzamy znajomość ras ludzi, którzy chcą adoptować psy „w typie jakiejś rasy”. Choć tak… mieszańce zwane kundelkami są nr 1!

  • Działa Pani wolontaryjnie, społecznie, z ramienia Fundacji, ale ratowanie zwierząt i troska o nie wynika z ustawy o ochronie zwierząt, to zadanie państwa poprzez policję czy straże miejskie i gminne – te służby mają to wpisane w swoje obowiązki na mocy ustawy o policji oraz ustawy o strażach miejskich i gminnych. Dlaczego ten system nie działa? Dlaczego służby mundurowe tak niechętnie wypełniają swoje ustawowe obowiązki związane ze zwierzętami?

Za mocno powiedziane, że niechętnie wypełniają. Oni bardzo by chcieli wypełniać, gdyby wiedzieli, jak się do tego zabrać. Nie są absolutnie przygotowani na odbiory interwencyjne zwierząt. Nie wiedzą, na co spojrzeć, jak rozpoznać zagrożenie dla życia bądź zdrowia zwierząt. Nie znają ustawy o ochronie zwierząt. Natomiast wiele interwencji to współpraca nasza z tymi organami i przebiega bardzo dobrze. Szkoda jednak, że tak często sami funkcjonariusze nie za bardzo wiedzą, co i jak robić, o czym nam głośno mówią.

  • To jak najgorzej świadczy o przygotowaniu funkcjonariuszy do pełnienia służby. A jak przebiega współpraca fundacji prozwierzęcych z policją czy strażą miejską lub gminą z Pani doświadczenia?

Niestety, bardzo zależy… Co patrol, to inna „bajka”. Są takie, które bardzo chcą się nawet dowiedzieć od nas, co robić, na co zwrócić uwagę, jak się za to zabrać. A są takie patrole, które uważają, że są od „rzeczy ważniejszych, a nie od jakiś tam psów”. Komenda Wojewódzka Miasta Poznań natomiast uważa, że patrole Policji są idealnie przygotowane do interwencji związanych ze zwierzętami. Niestety, z naszych doświadczeń wynika, że to nic bardziej mylnego. Praktyka pokazuje absolutny brak wiedzy, doświadczenia czy czasami nawet chęci.

Przykład. Pies na krótkim łańcuchu, słońce, 33 stopnie, nie ma gdzie się schować, bo w budzie jak w piekarniku, pies się gryzie, drapie, ma wyłysienia, woda w „garnku” brudna, zielona, kiśniejąca. A policja podjeżdża i nakazuje „wydłużyć łańcuch”. Koniec czynności. A pytanie, co z psem… „a co ma być, wydłużyliśmy łańcuch, a my się na psach nie znamy” – słyszymy. I tak często wyglądają interwencje policji. Ale w sumie nie tylko, bo pracownicy różnych urzędów robią dokładnie tak samo.

  • Czy podejście policji do wolontariuszy jest jednakowe bez względu na lokalizację, czy też są ośrodki z którymi ta współpraca układa się lepiej lub gorzej?

Są komendy, gdzie współpraca jest wręcz IDEALNA, WZORCOWA… a są takie, gdzie niestety jakbyśmy się ze ścianą zderzyli.

  • Słyszałam relację jednej z wolontariuszek, kiedy to rolnik, któremu odbierano skrajnie zaniedbane zwierzęta, opluł ją, a obok stał policjant i nie reagował, udawał, że niczego nie widzi. A było to w czasie pandemii, kiedy to wszyscy bali się zakażenia, przenoszącego właśnie drogą kropelkową. No i w ogóle opluwanie, to takie nie bardzo zgodne z kodeksami. Podobnie jak gonienie z siekierami i groźby karalne, kierowane przez oprawców zwierząt wobec wolontariuszek. Funkcjonariusze podobno w takich sytuacjach są bierni – tak rzeczywiście jest z Pani obserwacji i doświadczeń?

Niestety, zgodzę się z tym, że są tacy, którzy będą udawać, że nic się nie dzieje… Ale jest to raczej rzadkość. Nawet jeśli policja nas nie wspomoże w odbiorze zwierząt, to często zapewnia nam bezpieczeństwo, aby nam się nic nie stało.

  • Czy zetknęła się Pani też ze wspierającymi funkcjonariuszami? Jakie to były interwencje i gdzie?

Tak, jest ich całe mnóstwo. Zbyt dużo, by opisywać…

  • Działa Pani w ramach fundacji WIOZ. Proszę o niej opowiedzieć.

Nasza Fundacja powstała w 2022 r. natomiast jej członkowie, również ja, to osoby, które działają w świecie prozwierzęcym wiele lat. WIOZ działa bardzo mocno, głównie interwencyjnie, ale również edukacyjnie przeprowadzając mnóstwo prelekcji na temat praw zwierząt. Bardzo duża nasza przewaga to sprawy sądowe, które ZAWSZE wygrywamy. Prowadzimy obecnie ponad 60 postępowań. Wspomaga nas nasza niezawodna radca prawny, Jolanta Patalas.

  • Macie sporo wolontariuszy, kim są?

To osoby, które pracują zawodowo lub studenci. To niesamowite postacie, każda inna i każda dobra w innej dziedzinie. Prowadzenie Fundacji, aby działała na pełnych obrotach, jak petarda, to mnóstwo pracy, działań w różnych obszarach. Jakoś dajemy radę, ale każda nowa, zaangażowana osoba jest na wagę każdego kolejnego uratowanego psa.

  • Fundacja WIOZ wypracowała sobie też sieć domów tymczasowych, to domy, w których psy czy koty są socjalizowane i czekają na ten dom stały, docelowy. Kim są wolontariusze prowadzący domy tymczasowe i jak można się włączyć do tej współpracy?

Tak, mamy super domy tymczasowe. To wspaniałe osoby, które zajmują się psami odebranymi interwencyjnie. To właśnie u nich te psiaki czekają na domy stałe, już takie na zawsze. Dom tymczasowy może prowadzić każdy. Zapraszamy. Kontakt jest podany na naszej stronie www.

  • Największym problemem wszystkich fundacji prozwierzęcych są pieniądze, bo ratowanie zwierząt jest bardzo kosztowne. Ile macie miesięcznie faktur za paliwo czy z gabinetów weterynaryjnych?

W zeszłym roku zostaliśmy OPP /Organizacja Pożytku Publicznego/, więc pierwszy rok mieliśmy okazję zbierać 1,5%. Koszty odebranych zwierząt nas zabijają, a nie jesteśmy dofinansowani znikąd., nie mamy żadnych dotacji, sponsorów stałych czy dofinansowań. Utrzymujemy się TYLKO z darowizn od osób, które nam wpłacą choćby symboliczną złotówkę. Koszty miesięczne leczenia zwierząt oraz naszych interwencji to między 20.000 a 40.000 zł.

  • A gdyby ktoś chciał Was wesprzeć i pomóc ratować czworonogi, to co ma zrobić?

Zachęcamy do wpłacania darowizn – jest wiele możliwości.

Fundacja Wielkopolski Inspektorat Ochrony Zwierząt

  1. Słowackiego 55/1 60-521 Poznań

Dziękujemy każdemu za okazaną pomoc. Pomóżcie nam pomagać i ratować zwierzęta.

  • Dziękujemy za rozmowę.
  • Pytania zadawała PM. Wiśniewska 

Fot. Archiwum prywatne K. Marzec. Bohaterka wywiadu i uratowane psy.

496469921_3771410493150468_3028947679195273992_n 494499337_3749422735349244_100908687185392418_n unnamed 482069039_952226110390551_5172822873081369412_n 494315963_3748968975394620_767910015322128442_n484292349_3703158123309039_2208948549199756520_n 484371118_3703158249975693_1439549555449259859_n 484436977_3703158156642369_9153680731321404251_n 484498234_3703158056642379_2126462080999125_n 484512579_3703896589901859_6624877419471036004_n 484952944_3706364962988355_114243068038761807_n 484983692_3703158413309010_7663642152609906483_n 486262878_3708721459419372_8337375756131687726_n 494023464_3743821905909327_3578274992467143243_n

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *