Prof. K. Wolny-Zmorzyński: „W tej książce nie ma mnie wcale, a jednocześnie jestem na każdej jej stronie”

Rozmawiamy z Kazimierzem Wolnym-Zmorzyńskim, autorem powieści Odmienny stan, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa SILVA RERUM.

  • Najnowszą książkę Odmienny stan czyta się jednym tchem. Ale właściwie, dlaczego nie – „Stan odmienny”? Dlaczego taki układ – najpierw przymiotnik, potem rzeczownik? Albo raczej – przydawka i podmiot?

Fabuła toczy się w drugiej połowie 1981 roku. Nie chciałem, aby czytelnik od pierwszych stron książki myślał wyłącznie o stanie wojennym, choć odgrywa on kluczową rolę w życiu bohaterów. W powieści przewija się wiele „stanów”: psychika postaci, kondycja państwa, ciąża bohaterki, wreszcie ogłoszenie stanu wojennego. Kiedy tych stanów jest tak wiele i są tak różne, logiczne wydało się postawienie słowa „odmienny” na początku. Ta wieloznaczność miała zaważyć na tym, by odmienność poprzedzała stan, a nie go zamykała. Poza tym tytuł podpowiedziała mi pani dr Anna Surendra, która robiła korektę tekstu do wydania i świeżym okiem, po bardzo wnikliwej lekturze powieści, podpowiedziała, że jest najwłaściwszy. Za to jej dziękuję.

  • Są stany odmienne i stany wyjątkowe, a także stany wojenne. Pokolenie Pana Profesora dobrze je zna, zwłaszcza to ostatnie. Jak je wspomina? Każdy zapewne różnie, w zależności od własnych przeżyć. A Pan Profesor?

Pytanie o stan wojenny zawsze budzi we mnie dwoistość odczuć. Z jednej strony był to mroczny, dramatyczny moment w historii Polski, z drugiej – czas mojej młodości, którą system próbował wtłoczyć w rygorystyczne ramy. Tak się składa, że gdy ogłoszono stan wojenny, byłem na tak zwanej lewej przepustce w domu rodziców w Kielcach. Zawiozłem tam większość rzeczy prywatnych z jednostki, bo za tydzień miałem wychodzić do cywila, więc pobyt w domu nie był dla mnie czymś, czego mogłem się obawiać. Cały rok 1981, od stycznia do grudnia, to wojsko. Najpierw Gołdap – cztery miesiące w jednostce karnej dla podchorążych rezerwy. Trafiłem tam nie za politykę, ale za zbyt niewyparzony język w stosunku do funkcyjnego kolegi, szychy z samorządu studenckiego, który pomógł (w cudzysłowie) mnie tam wysłać. Gołdap to twarda szkoła przetrwania. Kiedy tam przebywałem, do mojej jednostki trafili bardzo weseli kompani. Śmiechem i żartem staraliśmy się łagodzić rygor przełożonych. Nie daliśmy się złamać, choć rozkazy trzeba było wykonywać, żeby sobie bytu nie pogorszyć. Opisałem to w powieści pt. Uciec, zapomnieć, znaleźć…Na szczęście drugą część służby odbyłem w Wojskowym Studium Nauczania Języków Obcych w Łodzi. Nie wolno mylić tego Studium z ówczesną łódzką szkołą dla oficerów politycznych, która znajdowała się po sąsiedzku. W Studium miałem doskonałe warunki: do ogłoszenia stanu wojennego mieszkałem w hotelu garnizonowym w centrum Łodzi, no i – jeśli chodzi o edukację – miałem możliwość doszkolenia języka niemieckiego z niektórymi dialektami włącznie. Po 13 grudnia warunki zmieniły się na bardziej surowe, bo zostałem skoszarowany. Trzeba było poddać się dyscyplinie, a u mnie z tym nie było najlepiej, bo wolność mam wpisaną w nazwisko i w naturę. Różnica przed ogłoszeniem stanu wojennego a po nim była taka, że do grudnia na przepustki wychodziło się w cywilu, a w stanie wojennym nawet na te „lewe” przepustki trzeba było wychodzić w mundurze, i to polowym. Ale nigdy nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W moro łatwiej i szybciej można było złapać tzw. okazję, czyli zatrzymać samochód jadący w pożądanym kierunku, by nie tracić czasu na połączenia kolejowe czy autobusowe.

  • Dzisiaj takie terminy, jak okazja, trzeba młodzieży tłumaczyć.

Dlatego od razu wyjaśniam. Poza tym, gdy kierowcy widzieli młodego chłopaka w mundurze, współczuli mu, pomagali i byli życzliwi – często nawet nie płaciło się za przejazd. Prawdziwa okazja! Mój kolega, „pisarz” jednostki, wypisywał mi blankiety przepustek, kiedy tylko potrzebowałem jechać do domu. Miał do nich bezproblemowy dostęp, więc w razie kontroli Wojskowej Służby Wewnętrznej, odpowiednika dzisiejszej żandarmerii, nie było żadnych problemów. Na szczęście wtedy nie było komputerów ani telefonów komórkowych, więc WSW nie miała możliwości, by zweryfikować, czy przepustka jest legalna. Ręcznie wypisywane dokumenty nie były ściśle ewidencjonowane. Gdy dopiero w maju 1982 roku wyszedłem do cywila – pół roku później niż powinienem – szybko przystosowałem się do nowych, nie najciekawszych warunków. Od razu wróciłem do pracy jako nauczyciel języka niemieckiego w Liceum Ekonomicznym w Kielcach, gdzie pracowałem też przed pójściem do armii. Po powrocie do cywila mój promotor pracy magisterskiej, prof. Henryk Markiewicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego byłem studentem indywidualnym od pierwszego roku studiów, dał mi znać, że z powodu blokady etatów nie może mnie na razie zatrudnić, jak planował, w Instytucie Filologii Polskiej UJ. Polecił mnie za to do pracy w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego, działającego wtedy jeszcze jako Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Matko, pomyślałem, gdzie ten Rzeszów? Co ja tam będę robił? – Kiedy jednak przyjechałem na miejsce i zostałem zatrudniony, moje nastawienie diametralnie się zmieniło. Gdy po raz pierwszy wszedłem do gabinetu, w którym dziewczyny z komisji harmonogramowej układały plany na nowy rok akademicki i zobaczyłem tam zgrabną, niezwykle piękną blondynkę, od razu wiedziałem, dlaczego się znalazłem w Rzeszowie. Była to asystentka z Katedry Języka Polskiego profesora Stefana Reczka – znakomitego językoznawcy i, znacznie wcześniej, jeszcze we Wrocławiu, wykładowcy profesora Jana Miodka. A tak na marginesie, żeby nie być gołosłownym: moja żona pochodzi z Chrzanowa i z okazji stulecia tamtejszego liceum w 2011 roku została wybrana przez uczniów i absolwentów najpiękniejszą uczennicą w historii szkoły. Wygrała ten konkurs nawet z Ewą Krzyżewską, słynną aktorką nazywaną polską Sophią Loren. Krzyżewska również była absolwentką tego liceum. No i jesteśmy razem do dzisiaj. Tę naszą historię opisałem fragmentarycznie w powieści Sekret Sabiny. Tragedią stanu wojennego była dla nas – a najmocniej dla mojej żony – niewyjaśniona śmierć jej ojca. Choć było jasne, że za tym morderstwem stała Służba Bezpieczeństwa, sprawców nigdy nie ustalono, bo ślady zbrodni celowo zatarto.

  • To potworne, jak te wydarzenia naznaczyły ludzkie losy. W tym roku mija już przecież 45 lat od ogłoszenia stanu wojennego w Polsce, a rany w wielu rodzinach wciąż są żywe.

Dokładnie tak. Czas mija, ale tamta trauma została. Dla nas tamten ponury okres częściowo zamknął się dopiero z chwilą jego formalnego zniesienia. Wtedy też zacząłem jeździć w czasie urlopów do pracy fizycznej w Austrii i Holandii, żeby zarobić na godne życie. W Holandii mieszkałem u znajomych bankierów, którzy załatwili mi zatrudnienie u ogrodnika. Nienawidziłem tych zajęć, ale po przeliczeniu gotówki humor od razu mi się poprawiał. Zapominałem wtedy o niechęci do prac w ogrodzie – zresztą nie znoszę ich do dzisiaj. Do Austrii jeździłem częściej, na zaproszenie tamtejszego pisarza Titusa Lantosa, z którym do dziś utrzymuję kontakt. Poznaliśmy się w 1984 roku. Byłem jego tłumaczem, gdy przyjechał do Rzeszowa ze swoim zespołem folklorystycznym, ponieważ Lantos jest również muzykiem. W Austrii pracowałem jako pomocnik na budowie oraz zbierałem jabłka u sadownika, który w czasie wojny służył w Warszawie jako żołnierz Wehrmachtu i często tamte lata wspominał. Po miesiącu pracy nie dość, że podszkoliłem język, to jeszcze kupiłem szesnastoletniego „Garbusa”. Na tamte czasy był to luksus. Co więcej, kolejny pobyt w Austrii pozwolił mi na zakup własnościowego mieszkania w Rzeszowie – taki był wówczas przelicznik zachodniej waluty. Warto jednak o tym opowiedzieć, żeby dzisiejsza młodzież nie myślała, że wyjazd na Zachód był wtedy prostą sprawą. Trzeba było mieć oficjalne zaproszenie od rodziny lub znajomych, którzy brali pełną odpowiedzialność za gościa, włącznie z pokryciem ewentualnych, bardzo wysokich kosztów leczenia. A że nikt wtedy nikogo nie ubezpieczał, bo pracowało się na czarno, gospodarze ryzykowali podwójnie: groziły im ogromne wydatki medyczne oraz kłopoty z policją, gdyby coś poszło nie tak. Poza tym trzeba było mieć też szczęście, żeby dostać paszport od milicji. Mnie tylko raz nie udało się wyjechać. Miałem lecieć do Republiki Federalnej Niemiec jako tłumacz grupy studentów. Służba Bezpieczeństwa wezwała mnie do siebie. Mroczni panowie zaproponowali, żebym przed wyjazdem podpisał zobowiązanie do współpracy. Miałem po powrocie opisać pod pseudonimem, co kto mówił, na co narzekał i jakie nastroje panowały wśród młodzieży. Kategorycznie odmówiłem, a nawet z nich zakpiłem. Zapytałem wyniosłym, zdecydowanym głosem: „Czy po to mnie wezwaliście, żeby ze mnie szpicla zrobić? Mnie, oficera ludowego Wojska Polskiego?” – specjalnie położyłem nacisk na słowo „ludowego”. Spojrzeli na siebie baranimi oczami – pamiętam ten ich tępy wzrok do dzisiaj. Chwilę pomilczeli i jeden z nich głuchym tonem powiedział: „To nie dostanie pan paszportu”, po czym mnie pożegnali. Chyba nie mieli na mnie żadnego haka, bo później odpuścili, a tę sytuację opisałem w tej nowej książce Odmienny stan.

  • Narodziny dziecka odnoszą się do tego stanu odmiennego. To rewolucja w życiu rodziny. Szczęście lub dramat. Uchwycił Pan te stany, jakże odmienne i skrajne. Czerpał Pan z własnego doświadczenia?

To kompilacja kilku życiorysów znajomych ludzi, a także osób, z którymi przypadkowo rozmawiałem. Wczuwałem się w różne, trudne sytuacje, o których mi opowiadali, i starałem się je zrozumieć. W Odmiennym stanie przedstawiam losy bliskich mi wówczas osób. Ta opowieść jest po części prawdziwa, dlatego zapewne łatwiej było mi ją opisać.

  • Ile jest z Pana w tej książce? Ile Pana w bohaterach tej powieści, ile zdarzeń własnych w opisywanych wydarzeniach?

Odpowiem przewrotnie: w tej książce nie ma mnie wcale, a jednocześnie jestem na każdej jej stronie. Gdy piszę o wymyślonych, zmodyfikowanych czy też znanych mi z realnego życia historiach, wszystko przeżywam od nowa – stają się więc one częścią mnie. Przyznam się do czegoś, do czego reporterzy nigdy by się nie przyznali: świadomie mieszam fakty z fikcją. W klasycznym reportażu jest to niedopuszczalne, ale w literaturze pięknej jak najbardziej możliwe. W swoich książkach stosuję formę reportażu fabularnego, o czym już kiedyś rozmawialiśmy. Wcale się tego nie wstydzę, choć niektórzy koledzy krytycy – specjaliści od współczesnej literatury – zarzucają mi zbyt dosłowny realizm, bo dzisiaj nie jest on w modzie. Mnie jednak zależy na plastycznym obrazowaniu i zapewne mi się to udaje.

  • Jakie najmilsze wspomnienie z Pana młodych lat znalazło się w tej powieści?

Wplotłem do tej książki motyw pracy fizycznej za granicą oraz legendarnego „Garbusa”, choć sama historia nie jest autobiograficzna. W latach 80. bliscy znajomi namawiali mnie, żebym rzucił wszystko i wyjechał z nimi do francuskiej Alzacji. Znałem języki, ale uparłem się, że jeśli wyjadę na stałe, to tylko w swoim zawodzie. I tak się stało w 1990 roku, gdy zacząłem pracować na Uniwersytecie Budapeszteńskim. Czteroletnia praca tam stała się dla mnie oknem na naukowy świat. To dzięki ówczesnym kontaktom w latach późniejszych wykładałem na uniwersytetach w Debreczynie, Peczu, Lwowie, Tarnopolu, Cordobie, Preszowie, Lipsku, Bambergu, Grazu, Eisenstadt i Wiedniu. Natomiast do czasu wyjazdu na Węgry wakacyjną pracę fizyczną traktowałem wyłącznie rozrywkowo – jak dobrze płatny obóz językowy. Wielu moich rówieśników wybrało wtedy emigrację zarobkową i choć materialnie niczego im nie brakuje, czasami słyszę od nich o tęsknocie za niespełnionymi ambicjami. A co jest tym najmilszym wspomnieniem? Zdecydowanie moja młodzieńcza fascynacja „Garbusem” – choć po cichu marzyłem wtedy o niedostępnym mercedesie. Są nimi także letnie, licealne wędrówki w okolicach Świętej Katarzyny koło Kielc, studia w Krakowie i beztroska atmosfera domu rodzinnego. Ten klimat próbowałem uchwycić w powieści.

  • W powieści mocno przemawiają do nas barwy, dźwięki i zapachy dawnych lat. A jednak niektóre opisy zmysłowe są potraktowane bardzo oszczędnie lub wręcz pomijane. Dlaczego? I drugie pytanie: co we wspomnieniach z tamtej rzeczywistości sprzed dekad ma dla Pana największą wagę?

Odtwarzanie tamtych lat było dla mnie fascynującą podróżą w czasie. Z perspektywy warsztatu pisarskiego to spore wyzwanie – najłatwiej jest przecież wpaść w suchy ton encyklopedyczny, a ja chciałem, żeby czytelnik po prostu poczuł tamten świat. Ta oszczędność w niektórych opisach zmysłowych, o której Pani wspomina, była z mojej strony celowym zabiegiem. Nie chciałem przeładować powieści detalami i zamienić jej w muzeum osobliwości PRL-u czy też kronikę świetności ówczesnej Francji. Skupiłem się na kontrastach: zestawiłem szarość tamtego Krakowa i specyficzny klimat prowincjonalnych restauracji z kolorowymi, tętniącymi życiem obrazami Paryża, jego okolic oraz tajemniczej Bretanii. Zależało mi, aby ta oszczędność formy zostawiała przestrzeń na wyobraźnię i własne refleksje czytelnika. Odpowiadając na drugie pytanie: najcenniejsze i najciekawsze było dla mnie właśnie to grzebanie we własnej pamięci w poszukiwaniu dawnych absurdów i uroków codzienności. Tamta epoka, choć z dzisiejszej perspektywy bywała siermiężna, miała niesamowity koloryt. Największą wagę ma dla mnie to, że mimo wszechobecnych wtedy braków, ludzkie emocje, przyjaźnie i miłości były tak samo intensywne. A może nawet bardziej, bo nie filtrował ich ekran smartfonu.

  • Realia bardzo się zmieniły, zwłaszcza technika – nie było przecież komputerów czy telefonów komórkowych, a ludzie rozmawiali ze sobą w realu, nie wirtualnie. Tego chyba brakuje teraz? Ale też te realia są zaakcentowane w książce jako element znaczący tamtej rzeczywistości.

Na przykład wizyta bez zapowiedzi, a w książce mamy kilka takich scen. Można było do bliskich osób – a nawet niekoniecznie bliskich – zapukać do drzwi i zostawało się przyjętym. Nie obowiązywał rytuał wcześniejszego telefonowania i umawiania się na odwiedziny. Takie pukanie do drzwi było symbolem otwartości i bezpośredniości relacji. W rzeczywistości pozbawionej internetu i telefonów komórkowych, a nawet stacjonarnych, które nie w każdym domu przecież były, ludzie musieli wykazać się większą spontanicznością i zaufaniem. Takie wpadanie do siebie budowało niezwykłą autentyczność, ponieważ nikt nie przygotowywał się na wizytę pod publiczkę. W kontekście mojej powieści te dawne realia nie są tylko nostalgicznym tłem. Są kluczem do zrozumienia psychologii bohaterów i ich bliskości, która w dzisiejszym, wirtualnym świecie byłaby o wiele trudniejsza do osiągnięcia.

  • Jeśli chodzi o wizerunek bohaterów, wiadomo, postaci są fikcyjne, ale też wiadomo, że autor jednak czerpie z własnych wspomnień i swoich bohaterów składa z ludzi sobie znanych, spotkanych w drodze własnego życia. Czy ktoś się może obrazić? Albo ucieszyć, bo rozpozna jakąś część siebie w przedstawianym bohaterze?

To jeden z najbardziej delikatnych momentów w procesie pisania. Reakcja realnych pierwowzorów bywa skrajna i zależy głównie od dwóch czynników: dojrzałości emocjonalnej opisywanej osoby oraz intencji samego autora. Dla wielu ludzi odnalezienie swoich cech w literackim bohaterze to ogromny komplement – czują się zauważeni i docenieni. Taki zabieg nadaje im pewien rodzaj, jak sami mówią z dumą, nieśmiertelności. Jeśli postać wzbudza sympatię i jest fascynująco niejednoznaczna, realny człowiek czuje satysfakcję, że stał się inspiracją. Ryzyko pojawia się jednak wtedy, gdy dotykamy sfery tabu lub wad, do których nikt z nas nie chce się przyznać. Rzadko kiedy potrafimy spojrzeć na siebie w pełni obiektywnie. Sam znam to z autopsji – moja żona wytyka mi czasami, że jestem niepoprawnym, niedojrzałym optymistą, który nie lubi robić problemu nawet z bardzo poważnych spraw. Ma rację, bo zamiast zatrzymać się i wyciągnąć wnioski, często bezrefleksyjnie idę do przodu. Mimo że podświadomie wiem o tej wadzie, to kiedy ona mi ją wytyka, automatycznie się denerwuję. Dokładnie tak samo działa to w literaturze. Jeśli ktoś zobaczy w powieści swoje słabości, przeżywa bolesne zderzenie z lustrem. Może pojawić się wtedy poczucie zdrady, obnażenia prywatności, a w skrajnych przypadkach – obawa przed reakcją lokalnego środowiska, jeśli otoczenie również rozpozna te zbieżności.

  • Książka podnosi problem trudnych życiowych wyborów i decyzji. Jak to bywa z tymi kluczowymi życiowymi decyzjami?

Z kluczowymi decyzjami życiowymi bywa tak, że rzadko przypominają one czarno-biały wybór między dobrem a złem. Najczęściej są to sytuacje tragiczne w sensie literackim – wybieramy między dwiema wartościami, z których żadna nie daje pełnego szczęścia, albo musimy zdecydować się na tak zwane mniejsze zło. To, co w tych momentach jest najtrudniejsze, to całkowita samotność. Tak jest z moimi bohaterami, Joanną i Wiktorem. Możemy radzić się bliskich, analizować zyski i straty, ale w ułamku sekundy, w którym zapada decyzja, człowiek zawsze zostaje sam ze swoim sumieniem. Dodatkowo paraliżuje nas świadomość, że konsekwencje tego kroku będą nieodwracalne i zmienią nasze życie na zawsze, tworząc wyraźną granicę między „przedtem” a „potem”. Jako niepoprawny optymista mam tendencję do wierzenia, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, i często po prostu idę do przodu, zamiast przesadnie analizować ryzyko. Życie uczy jednak, że kluczowe wybory wymagają zatrzymania się. Najbardziej paradoksalne jest to, że o słuszności naszej drogi dowiadujemy się zazwyczaj dopiero po latach. Teraz, gdy mam już pewne życiowe doświadczenie, wiem, że w momencie podejmowania decyzji nigdy nie mamy pełnej wiedzy. Działamy emocjonalnie, intuicyjnie i z przekonaniem, że los nas nie zawiedzie. I to właśnie ta niepewność czyni te momenty tak trudnymi, ale też kluczowymi dla budowania naszego charakteru.

  • Tajemnica do rozwikłania to chyba największy atut powieści. Klucz do jej zrozumienia. Udało się?

Zbudowanie dobrej tajemnicy w powieści opartej na realiach to trudna sztuka, ale zrobiłem wszystko, by ten mechanizm zadziałał. Klucz do zrozumienia historii tkwi w szczegółach – w umiejętnym spleceniu faktów historycznych z fikcją literacką. Jeśli czytelnik podczas lektury zastanawia się, co wydarzy się za chwilę i dokąd prowadzą te tropy, to znak, że cel został osiągnięty. Poza tym zakończenie powieści ma podwójne znaczenie: tragedia osobista bohatera bezpośrednio zderza się tu z tragedią narodową.

  • Rozmawialiśmy o przeszłości i Pana nowej powieści. W kontekście przeszłości chcę zapytać, czy zgodziłby się pan, aby ten wywiad był zilustrowany pana fotografiami sprzed lat, właśnie z lat osiemdziesiątych. Czy byłoby to możliwe?

Chętnie poszukam takich zdjęć w domowym archiwum. Sam jestem ciekaw, czy na kadrach sprzed czterech dekad rozpoznam samego siebie i jak zareagują moi znajomi. Zobaczymy, czy to zderzenie z własnym „lustrem przeszłości” nie będzie dla mnie zbyt bolesne, a dla innych zaskakujące.

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała PM. Wiśniewska 

Na zdjęciach Kazimierz Wolny-Zmorzyński

  1. w mundurze podchorążego Szkoły Podchorążych Rezerwy w lutym1982 roku
  2. po wyjściu do cywila we wrześniu 1982 roku.

FOTO: z archiwum rodzinnego oraz okładka powieści

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *