Czerwona szminka. Życie Polki w Rumunii – rozmowa z Joanną Kalicką-Mollin

Joanna_Kalicka_Molin

„Co Ty taka blada jesteś? Szminki musisz używać czerwonej. W Rumunii jesteś, Ty widziałaś, jak tu kobiety wyglądają?” Te słowa głęboko zapadły w pamięć bohaterki wywiadu przeprowadzonej przez Dominikę Narożną. A w centrum jej uwagi jest Joanna Kalicka-Molin. Po 15 latach pracy w korporacjach współtworzyła firmę szkoleniowo-coachingową Mind Performance Lab. Mieszkała w Warszawie, Pradze, a obecnie pracuje w Bukareszcie. Matka trojga dzieci. Trenuje kickboxing oraz gra na pianinie. Pasjonuje się komunikacją oraz zmianami.

 

Ciężko żyje się kobietom w Rumunii?

Ciężkie pytanie na sam początek (uśmiech). Biorąc kilka czynników pod uwagę, jak np. wskaźnik zagrożenia ubóstwem w Europie, gdzie Rumunia znajduje się na pierwszym miejscu czy badania Eurostatu, w których z kolei zajmuje końcowe pozycje na skali poczucia szczęścia wypadałoby napisać, że raczej ciężko. Dodając do tego jeszcze silne wpływy tureckie w Rumuni, które nie sprzyjają kulturze silnych i niezależnych kobiet, można by wysnuć tylko jeden wniosek. Z drugiej strony Rumunki są inne niż Polki. I wpływ historii, kultury czy religii sprawia, że wcale nie muszą postrzegać swojej sytuacji jako trudniejszej niż Polek w Polsce.

Co nas odróżnia od Rumunek?

W mojej opinii Polki są bardziej niezależne, wyzwolone oraz świadome siebie oraz swoich potrzeb i lepiej je egzekwują co jednak nie sprawia, że Rumunki mogą być z tego powodu mniej szczęśliwe.

A jak się ma Twoje poczucie szczęścia do życia na obczyźnie? Łatwo jest Ci żyć w Rumunii?

Pewna mądra kobieta, która mieszkała chyba w kilkunastu krajach, powiedziała mi: „Jeżeli żyjesz, w kraju, w którym kultura jest zbliżona do Twojego, nie musisz żyć w zamkniętym osiedlu i wychodzić z niego tylko z ochroną, zakrywać głowę czy twarz oraz gdy masz środki, aby Twoje życie było w miarę wygodne, to wszystkie przeszkody, które napotkasz związane z życiem w danym kraju, będą wynikały z Twojego sposobu myślenia” . I ja się z tym zgadzam. Choć nie było łatwo na początku.

Domyślam się, że początki są trudne …

Ten początek był. Jednak z perspektywy czasu mam do tych trudności inny stosunek.

Dlaczego?

Ponieważ czas zaciera różne wspomnienia, na szczęście te gorsze również (śmiech). Przeprowadziliśmy się z trojgiem dzieci, gdy najmłodsze miało miesiąc. W trakcie przeprowadzki z Pragi okradziono nas, w pierwszym mieszkaniu spadł sufit w łazience. Tak więc w pierwszym roku przeprowadzaliśmy się trzy razy. Ponad 40-stopniowe temperatury we wrześniu, gdy przyjechałam do Bukaresztu, lekko mnie zaskoczyły tak samo jak sposób, w jaki odbywał się ruch na ulicach. Rumunii znaki drogowe tak samo jak pasy na jezdni traktują jako pewnego rodzaju sugestię i trudno jest przewidzieć ich ruchy. Szybko też nauczyłam się pierwszego słowa „imediat”, które pochodzi od angielskiego „immediately” co mogło by oznaczać „niezwłocznie”. W praktyce oznacza „kiedyś”.

Nie ukrywam brzmi ciekawie. Nie wiem jednak, czy sama chciałabym przeżyć coś takiego.

Z każdym kolejnym krajem, z ludźmi poznanymi z całego świata i ich opowieściami z innych krajów poszerza się perspektywa patrzenia na różne sytuacje. Łatwiej złapać dystans zwłaszcza, gdy jest ktoś, kto może nam w tym pomóc.

Ty miałaś kogoś takiego?

Miałam i nadal mam. Nie mam na myśli męża czy przyjaciół, którzy moim zdaniem najszybciej mogą pomóc w zmianie perspektywy, ale osoby mieszkające w danym miejscu, które mogą wesprzeć w procesie aklimatyzacji.

Pomogły?

Bardzo. Na pierwszym lunchu nowo poznana osoba zapytała się mnie „Co Ty taka blada jesteś? Szminki musisz używać czerwonej. W Rumunii jesteś, Ty widziałaś jak tu kobiety wyglądają?”. I tak zaprzyjaźniłam się nie tylko z nią, ale również z czerwoną szminką, której nigdy wcześniej nie używałam.

To mnie zainteresowałaś. O kobietach już rozmawiałyśmy, ale nie w kontekście ich wyglądu. Wszystkie „noszą” czerwone szminki?

Raczej nie wszystkie używają czerwone szminki, ale są bardzo zadbane. Rumunki to naprawdę piękne kobiety. Dodatkowo religia prawosławna przekłada się na ich ubiór czy biżuterię. Tu nie obowiązuje minimalizm. Raczej im więcej tym lepiej, taki styl „na bogato”(uśmiech).

Ty jesteś Polką w Rumunii i na dodatek masz swoją czerwoną szminkę (śmiech). Powiedz mi jednak, jak podchodzą do Ciebie Rumunii?

Zawsze szanuję kulturę danego kraju, w którym mieszkam, czy który zwiedzam i zakładam, że zwrotnie przyjdzie do mnie to samo. Odpowiadając komuś na pytanie „Skąd jesteś?” uruchamiają się jednak w pierwszym odruchu stereotypy narodowościowe, których nie da się ominąć. Czesi np. nie lubią za bardzo Polaków, Rumunii za to wręcz przeciwnie.

Z czego to wynika?

Z Czechami nie da się ukryć, że najechaliśmy na nich w 1968 roku. Dodatkowo prędkość jaką rozwijamy na ich drogach, jest dla nich „nadświetlna”, o zachowaniach na stokach narciarskich nie wspominając. Poza tym Czesi są bardziej zamknięci, hermetyczni i uporządkowani. Rumunii to południowcy, gorąca krew i chaos. Patrzą na Polskę, jak rozwijała się po okresie komunizmu i widzą ogromne różnice w tym, gdzie oni są teraz, a gdzie my jesteśmy. Mają dobre wspomnienia z handlu w czasach PRL z Polską i naprawdę dobre mniemanie o Polakach.

A Ty masz szansę na rozwój w tym kraju? Pracowałaś 15 lat w korporacjach dochodząc do pozycji rzecznika prasowego w firmie farmaceutycznej i zostawiłaś to, aby pojechać za mężem?

Na rozwój jest szansa niezależnie od kraju zamieszkania. Choć w moim własnym byłoby mi łatwiej. Potrzebowałam przerwy od pracy w korporacji. Pojawiła się oferta pracy męża za granicą i doszliśmy do wniosku, że warto z niej skorzystać, bo za parę lat prawdopodobnie nie będzie nam się najzwyczajniej chciało. Zmiany miejsca zamieszkania łączyły się ze zmianami zachodzącymi we mnie. Miałam czas, aby zastanowić się nad swoimi wartościami w życiu, co chcę z tym życiem robić i jak je przeżyć. I tak ukończyłam szkołę trenerów biznesu w Warszawie i Brain Based Coaching w NeuroLeadership Institute w Londynie. Po czym otworzyłam ze wspólniczką Mind Performance Lab, firmę, w której zajmujemy się treningami i coachingiem. Tworzymy przestrzeń, w której opierając się na badaniach z zakresu neuronauki wspieramy klientów w uzyskiwaniu swojej pełnej mocy. Pomagamy w byciu sobą, ale z większymi umiejętnościami.

Czyli droga z Warszawy, przez Pragę do Bukaresztu była równoległą drogą do przejścia z korporacji do własnej działalności.

Można zastosować taką analogię (uśmiech).

Jak Ci się żyje w Bukareszcie? Jakie jest to miasto?

Pierwsze wrażenia, które można odnieść, są bardzo mylne dla Bukaresztu. Moje były takie: spalone słońcem, chaotyczne, postkomunistyczne miasto z typowymi dla siebie budowlami z tamtego okresu. Podobno widzimy rzeczy przez pryzmat tego jacy jesteśmy sami (śmiech), ale w moim wypadku myślę, że punktem odniesienia była Praga, która jest zupełnie innym miastem.

Czyli nie zakochałaś się w Bukareszcie?

Zakochałam się, ale nie była to miłość od pierwszego wejrzenia (śmiech). Wynajęłam profesjonalnego przewodnika, który pokazał mi malutkie kościółki stojące między blokami z wielkiej płyty, które nierzadko były przesuwane na palach. Wrażenie zrobił na mnie też budynek, który nie ma mieszkań i stanowi jedynie „zasłonę” dla znajdujących się za nim burżuazyjnych posiadłości, które rozkazem Nicolae Ceaușescu nie miały być widoczne podczas jednej z parad ludu pracującego.

Brzmi to groteskowo…

I wygląda również. Takie były to czasy. Żona Nicolae Ceaușescu, Elena, która była sprzątaczką, w czasach reżimu stała się światowej sławy naukowcem w dziedzinie chemii z tytułem doktora. Miała wpływ na wiele aspektów życia. Zadecydowała ona m.in. o tym, że stacje metra znajdują się za blisko siebie i ludzie będą za mało musieli chodzić. Brak ruchu, wiadomo – otyłość. I tak kazała zlikwidować jedną stację metra. Architekci kierowani rozsądkiem zamurowali tę stację. Po upadku rodziny Ceaușescu otworzono ją, wyróżnia się jednak swoim niewielkim rozmiarem.

Ciekawe…

Ciekawsze jest to, że małżonkowie wybudowali drugi co do wielkości na świecie budynek administracyjny zaraz po Pentagonie. Parlament zwany również Domem Ludu pochłonął liczbę ludzkich żyć trudną do oszacowania. Niektórzy historycy piszą nawet o 10 000, z których część została pochowana pod jego murami, ponieważ tempo pracy było tak szybkie. W 1977 roku w Rumunii było bardzo silne trzęsienie ziemi, które spustoszyło miasto. Na jego fali Ceaușescu postanowił dokończyć dzieło natury i wyburzył domy, szpitale, ale również klasztory i świątynie, w tym dziewiętnaście cerkwi, sześć synagog i trzy protestanckie kościoły. Na ich miejscu powstał budynek Parlamentu wraz z aleją do niego prowadzącą.

Ciekawość miesza się ze strachem.

Każdy kraj ma swoją historię i jej skutki. Straszny dla mnie osobiście był fakt, gdy dowiedziałam się, że od 1966 roku wprowadzono regulacje, według których prawo do antykoncepcji i aborcji miały tylko te kobiety, które wywiązały się z patriotycznego obowiązku i urodziły przynajmniej czworo dzieci lub skończyły 40 lat. Polecam film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, który o tym opowiada.

Chyba czas zmienić temat z historii na teraźniejszość. O Rumunach krążą różne negatywne opinie? Zgadzasz się z nimi?

Przeprowadzając się z do Bukaresztu znałam tylko historie o tym, że kiedyś, aby nie dostać kamieniem w trakcie przejazdu przez ten kraj, trzeba było rzucać przez okno papierosy. Droga od ignorantki do fanki zajęła mi dwa lata. Być może kiedyś tak było. Teraz jest zupełnie inaczej. Problemem Polaków jest postrzeganie Rumunów jako tożsamych z Cyganami, których jest tu sporo. Są to jednak dwie odrębne nacje, które wzajemnie nie pałają do siebie zbytnią sympatią.

Czyli jacy są Rumunii?

Skupię się na pozytywach (uśmiech): otwarci, ciepli, serdeczni, pomocni, świetnie mówią po angielsku, co częściowo może być zasługą filmów bez lektorów tylko z napisami. Bardzo się dziwią, że my mieliśmy i mamy nadal lektorów.

Zaskakuje Cię coś w ich zachowaniu?

Wiele (śmiech). Według polskich standardów nie parkują samochodów, tylko porzucają je na drodze. Czasami zastawiają inne i zostawiają za szybą numer z telefonem do siebie, jeżeli chciałbyś wyjechać. Znam też wersję, w której na dużych osiedlach samochody są pozostawione bez zaciągniętego hamulca ręcznego, żeby sąsiad mógł go przepchnąć, kiedy będzie chciał wyjechać. Ruch na ulicach określiłabym jako „dziki”, ale zaskakujące jest to, że Rumunii nie używają klaksonu. Mają dla siebie dużo więcej wyrozumiałości na drodze niż Polacy.

Coś jeszcze?

Uwielbiają muzykę, a raczej hałas. Możesz spotkać rowerzystę w największym parku, który ma głośniki przymocowane do roweru, racząc swoimi gustami spacerowiczów. U nas raczej w telewizji śniadaniowej również prezenterzy nie falują w tanecznych podrygach. Tu się to zdarza nierzadko. No i kochają gorąco. Osiągalne w lecie temperatury dochodzące do ponad 40 stopni przenoszą w zimie do biur, taksówek czy centrów handlowych. W Rumunii można pocić się przez cały rok.

Chyba wypada po tych wszystkich informacjach zapytać, czy podoba Ci się w Rumunii?

Bardzo! Przyroda jest obłędna i dzika, Bukareszt niesamowicie ciekawy, jedzenie przepyszne i bardzo ciepli oraz tolerancyjni ludzi. A dodatkowo gwarantowane upały w okresie wakacyjnym! Poza tym, można poczuć się jak u siebie odwiedzając polskie wioski na Bukowinie.

Co powiedziałabyś Polkom, które planują życie w Rumunii?

Powiedziałabym, że przenosząc się z kraju do kraju nie tylko zabieramy ze sobą swój dobytek, ale przede wszystkim swój sposób myślenia. Od niego nigdy i nigdzie nie uciekniemy. Zapraszam na coaching, jeżeli jest potrzeba (śmiech).

Dziękuję za rozmowę i propozycję. Z pewnością skorzystam.

Rozmawiała Dominika Narożna

 

Fot. bohaterki wywiadu – Kathrin Weident oraz archiwum prywatne

Na zdjęciach: portret bohaterki wywiadu, reszta – uwidacznia piękno Rumunii: Constanta, droga TRANSFĂGĂRĂŞAN, kopalnia soli Salina.

Constanta_casino Droga_TRANSFĂGĂRĂŞAN Kopalnia_soli_Salina Turda

 

You may also like...

1 Response

  1. Tomasz pisze:

    Ciekawe i inspirujące. Zazdroszczę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Current ye@r *